Pełna funkcjonalność tej strony wymaga internetowych ciasteczek, więcej informacji o nich znajdziesz tutaj. AKCEPTUJĘ
Po dwóch latach Betis ponownie wyprzedza Sevillę [1]
Palmer; 22.10.2017; 12:21

Nie jest tajemnicą że Betis na początku sezonu 2017/18 obławia się w permanentnym stanie szczęścia. Na krawędzi pierwszej ćwiartki ligowych rozgrywek, Verdiblancos zgromadzili 16 punktów w 9 spotkaniach, okupując, przynajmniej tymczasowo, 5 pozycję w ligowej klasyfikacji.

Co równie cieszące, oprócz dobrego startu, zakończyli przedłużający się okres hegemonii odwiecznego rywala w ligowej tabeli. Ostatni raz kiedy Verdiblancos znajdowali się wyżej w tabeli nad Sevillistas datowany jest na ósmą kolejkę sezonu 2015/2016, duma Béticos nie przetrwała wtedy zbyt długo, 17 października 2015 wszystko wróciło do normy.

Od tamtej pory, przy kilku okazjach dochodziło do styku punktów, ale z przewagą Sevilli dzięki korzystnemu bilansowi bramek. Tym razem, z tą samą ilością punktów, ale lepszym bilansem, Zielono-Biali wyskakują o pozycję wyżej wracając na miejsca premiowane udziałem w Europejskich rozgrywkach.

O tym na jak długo chłopakom Quique Setiena przyjdzie się przodować nad ekipą rywala zza miedzy pokaże przyszłość. Tymczasem, proponujemy rozkoszować się teraźniejszością i w wolnej chwili zajrzeć do przeszłości jaką odsłania Phil Ball - Angielski pisarz i były dziennikarz ESPN, w swojej interesującej, debiutanckiej książce "Morbo - the story of Spanish Football", wydanej po raz pierwszy w 2001 roku.

 

***

 

Rozdział 6: Pięć taksówek

Zdrowa rywalizacja Sewilli

 

Cándido jest kibicem Betisu, co może tłumaczyć jego grymaśny taniec brwi kiedy poprosiłem go aby zabrał mnie na Ramón Sánchez Pizjuán, ziemię lokalnego rywala, Sevilli. "Taki los taksówkarza'', uśmiecha się. "A tak w ogóle moje dzieci są sevillstas, więc to żaden problem. Nie naciągnę Cię z tego powodu i dla Twojego spokoju nie wyrzuciłem ich z domu - jeszcze."

Cándido jest drugą osobą jaką zaangażowałem w rozmowę o skomplikowanej fabule Real Betis - Sevilla FC morbo, ale skoro byłem w mieście zaledwie od dwóch godzin, znaki były obiecujące. Ponadto, Cándido pasuje do mojej wstępnej koncepcji, mianowicie, jaki miałby być typowy kibic Betisu - człowiek klasy pracującej, o dobrym humorze, otwarty, skory do rozmowy. Bardziej posępny dżentelmen w recepcji pensión w którym musiałem się zakwaterować był za Sevillą, ale jego przyjęcie wydawało się niechętne, jakby wolał nie zostać piłkarsko zaszufladkowany zbyt wcześnie przez anglojęzycznego obcego. "Ale moja córka jest za Betisem", dodał, lekko wzruszając ramionami. "Z resztą jak większość dzisiaj."

Zapytałem Cándido, który zdaje się korzystać na rozmowie, czy Sewilla jest jak Liverpool, gdzie rodziny podzielone są przez futbolową lojalność bez biadoleń czy domowych zgrzytów zębów? "Totalnie", przytaknął, frunąc przez czerwone światło. "To bardzo powszechne." Wyjaśniam mu że perspektywa spoza Sewilli jest inna a to z powodu dwóch różniących się grup społecznych. Staram się ująć ten wątek najdelikatniej, jako że Betis zawsze uważany był za biedniejszy, robotniczy, czerpiący swój niemal szalony zaciąg z mroczniejszych rejonów Sewilli takich jak Triana czy Macarena. Nie chce żeby pomyślał sobie że rzucam społeczne oszczerstwa.

"Może coś w tym było, ale nie teraz. Poza tym, Betis jest tak samo bogaty jak Sevilla, jeśli nie bogatszy. Prezydent, Lopera jest..." i podnosi prawą dłoń z kierownicy pocierając kciuk o palec wskazujący sugerując "kasiasty". Osobiście pozostaję nieprzekonany, decydując się trzymać z dala od tematu nouveaux prezydentów, obłędnie wpływających na Hiszpańskie społeczeństwo, bez strachu o podziały wśród własnych fanów. Cándido wydaje się nie mieć werdyktu w tej sprawie, ale chce popchać ten temat trochę dalej, zanim dojedziemy na stadion.

"Ale to również polityka, co nie? Myślałem że Betis był zawsze klubem lewicowym." Bez odpowiedzi, zupełnie jakbym nacisnął najgorszy czerwony przycisk, zjeżdża z pasa i zatrzymuje się naprzeciwko wielkiego bezkształtnego betonowego centrum handlowego. "Ta, może i tak," zaczyna, spoglądając na czerwone numery. Jestem mu winny 700 peset. "Ale nie nabieraj się w tą całą historię z Felipe [Gonzálezem]. I tak skakał z wozu do powozu. Nigdy nie był prawdziwym bético." Zasugerowałem, że Socjalistom wychodziło na dobre pokazywanie się na tle z tak zwanym klubem lewicowym. "Dokładnie", przytakuje. "To prawda, kiedyś było inaczej, przed Gonzálezem. Wtedy Sevilla była prowadzona przez bogacza, wpływowego człowieka w okolicy. Więc przyciągali swój sort, jeśli wiesz co mam na myśli. Może temu robotnicy poszli do Betisu. Słuchaj, nie mam jak rozmienić 5,000. Mógłbyś skoczyć do tej kawiarenki po pięć jedno-tysięcznych pela banknotów?"

A więc pierwsza taxi przejażdżka zakończyła się nadto prozaicznie niż bym tego wolał, ale reprezentowała dobry początek. Zawsze miałem przekonanie, że aby dowiedzieć się czegoś głębszego o danym społeczeństwie musisz rozmawiać z taksówkarzami, i taką miałem intencje w Sewilli, aby spróbować dojść do sedna nadzwyczajnej rywalizacji istniejącej pomiędzy dwoma klubami z miasta.

Cándido, wierny swojemu imieniu, był bezstronny [candid - ang. przyp. red.] i po zaledwie godzinie w mieście musiałem zmierzyć się z niespodziewanym problemem. Może po prostu nie mamy do czynienia z jakąkolwiek antypatią pomiędzy dwoma zestawami fanów? Co jeśli opowieści o morbo zostały wcielone w kolejną stertę mitów przeznaczonych na wrzucenie do kosza na śmieci?

Przekraczając Avenida Eduardo Dato, Ramón Sánchez Pizjuán jest częściowo zasłonięte przez nowy pasaż handlowy Nervión, więc słynna mozaika nad wejściem, dwie-trzecie wysokości stadionu, wyłania się powoli na horyzont kiedy przechodzisz przez betonowy chodnik dzielący dwie części centrum handlowego. Mozaika, imponująco zbudowana przez lokalnego artystę Santiago del Campo w 1982, przedstawia herby 60 największych Hiszpańskich i zagranicznych klubów jakie Sevilla gościła w przeciągu minionego stulecia. Daty wizyt są na większości kafelkowych proporczyków, ale nie Arsenalu, jedynego Angielskiego klubu jakiego dostrzegłem gapiąc się z dołu. Pomimo naprawdę drobiazgowej staranności jaka została podjęta aby wiernie odzwierciedlić klubowe proporce, Athletic Bilbao napisano jako "Atlético", może temu że pisownia Angielska została zabroniona Baskijskiemu klubowi przez Franco podczas okresu wojennego. Interesujące że Del Campo wybrał Hiszpańską pisownie, prawie w geście aprobaty do faszystów za ich politykę lingwistycznego oczyszczenia. Ciekawe co myślą kibice Athletic kiedy podróżują tu na mecze. Podejrzewam że nie są zachwyceni.

Biedna Sevilla. Kiedy stadion poprzedzający Sánchez Pizjuán, a więc Nervión, został oficjalnie otwarty podczas inauguracji pierwszego sezonu ligi Hiszpańskiej, Betis wygrał 2-1. Obie drużyny były w Segunda A, a Betis nie przyjechał z powodu zaproszenia - to był zaskakująco czysty traf terminarza. Trzydzieści lat później, wykorzystując rozłogi nieruchomości w dzielnicy Nervión, jakie prezydent - Ramón Sánchez Pizjuán - nabył w 1932 za bezcen, klub przeniósł się na nowy stadion który stoi po dziś dzień, obok starego miejsca. Tym razem termin otwarcia nowego obiektu został manipulowany celowo, więc Betis mógł wziąć udział w przyjęciu po raz kolejny, aby mieć pewność zapewnienia maksymalnego morbo. Przynajmniej béticos nie byli zawiedzeni, wygrywając 2-4 i psując zabawę po raz drugi.

Mozaika jest obecnie jedyną rzeczą w okolicy wartą zawieszenia oka. Teren otaczający stadion, kiedy przedzierasz się przez zbocza okręgu handlowego, leży nieużyty w brudnym brązie. Można sobie wyobrazić zacierające ręce firm budowlanych, spokojnie czekających na nieuniknione zaproszenie do budowy nowych bloków mieszkalnych w nieużytkowanym pobliżu.

Dawny prezydent, czczony przez sevillistas, zabezpieczył przyszłość finansową klubu kupując całą ziemię w 1932, tymczasem kierowca taksówki powiedział mi że owe centrum handlowe było matczynym pomysłem bogatej rodziny Polskich imigrantów, którzy mimo wszystko zostali zmuszeni zabulić znaczącą sumę aby z powrotem nabyć ziemię od klubu. Pizjuán nie dożył inauguracji swojego stadionu, umierając na atak serca w 1956.

Nie był opłakiwany przez béticos. Według taksówkarza Nr 2, był jednym z powodów dla których miasto podzieliło się na dwie futbolowe części: "Skurwysyn miał tyle kasy że sam sfinalizował tramwaje w całym mieście. Zaprojektował sieć umyślnie tak, żeby béticos musieli dreptać na Villamarín wzdłuż rzeki. Drań." Ten kierowca jest trochę inny od Cándido. Już na wstępie srogo wyprostował mnie za wymachiwanie, podczas kiedy powinienem przejść przez ulicę na drugą stronę gdzie znajdował się postój taksówek. Wytłumaczyłem mu że nie wiedziałem o tym, że jestem Anglikiem. Jest taki szorstki że przez moment zacząłem kontemplować prośbę o zatrzymanie i wysadzenie, ale pomyślałem dwa razy. Może być mężczyzną lubiącym taką konfrontację. Jest w połowie swojej 50', solidny wielkolud z pomarszczoną szyją przypominającą Nowojorskiego taksówkarza z tytułowej strony noweli Money Martina Amis'a.

Prezentuje się tak uroczo... Ale przed nami całkiem spory kawałek do Benito Villamarín po drugiej stronie miasta, a wygląda na kogoś kto mógłby powiedzieć słówko o futbolu. Teraz to już kwestia znalezienia odpowiedniego momentu. Szczęśliwie, ma włączone lokalne radio, a będąc w Hiszpanii, dziennikarz nawija wiadomości w płonąco szybkim Andaluzyjskim, co ciekawe dodając iż do miasta wraca Javier Clemente, szykujący się do jutrzejszego menedżerskiego debiutu z Realem Sociedad. Spiker w radiu opowiada o specjalnym przywitaniu jakie szykują dla niego fani Betisu, korespondując do słynnej zniewagi regionu z poprzedniego sezonu, kiedy twierdził że odwiedzając Andaluzję przyjechał do "innego kraju" podczas komentowania incydentu oplucia z trybun przez młodego kibica.

Pochylam się do przodu z tylnego siedzenia i pytam, nieśmiało jak to tylko możliwe: "Więc za kim stoicie, Betis czy Sevilla?" Użyłem formy adresowania per wy, aby upewnić się że otrzymam jakąkolwiek odpowiedź. Nie śpieszy się z odpowiedzią, wpatrując się przed siebie w ciemniejący wieczór. "Jestem wrogiem pieprzonych Basków," warknął, a ja przez moment poważnie myślałem że to preambuła do fizycznej napaści.  Skąd wie że jestem z San Sebastian?  Czy mam wypisane kibic Realu Sociedad na swoim czole? Wyczuwa mój strach, tak jak facet który zwykł onieśmielać innych. "To znaczy, jestem bético,  w każdym razie, to skomplikowane," zadrwił, jakby typowy Anglik wsiadający do jego taksówki powinien błyskawicznie implikować takie słownictwo. Pomimo tego, relaksuje się, bo zrozumiałem jego odpowiedź. Miał na myśli że nie będzie cierpiał Basków jutro, podczas meczu, z powodu Clemente. Może wcale nienawidzi ich per se.

Kiedy prowadzi przez wzbierający zmrok, zdecydowałem się na osobiste wyzwanie udobruchania Pana Gbura. Jest tak cudownie gorzki i chamski że musi kryć się za tym coś interesującego. Moje błazeństwo zostaje natychmiastowo nagrodzone, kiedy zaczyna spontanicznie opowiadać: "Grałem kiedyś dla Betisu," prychnął. "Dla tego jestem bético. Ale zwróciłem swój karnet kiedy sprzedali Gordillo do Realu Madryt. Nie naszczałbym na nich teraz nawet gdyby byli w płomieniach. Prezydent jest pierdołą, młode dzieciaki, ultrasi, małe głupie maricones. Nie mają nic lepszego do roboty."

Wyciągnąłem swój notes. "Grałeś dla nich? Kiedy to było? Znowu łajdaczy pytanie: "W pięćdziesiątych - byli do dupy. Zagrałem dla pierwszego zespołu może kilka razy. Większość czasu grałem dla Triany, zespołu B." Triana jest dzielnicą robotniczą tuż za rzeką, starym sercem Sewilskiego flamenco, zanim bandziory Franco siłą przepędzili cyganów. Pasowałoby to do starej tezy jakoby dzielnica tego typu była odpowiednią nazwą dla drużyny rezerw. Spytałem go jak długo grał jako zawodowiec.

"Kiedy byłem w mili [służba wojskowa], grałem w koszarach i złamałem nogę. Wzięli mnie z powrotem kiedy wróciłem, ale nie byłem już taki szybki. To by było na tyle. Jeżdżę w tej mordędze-bez-końca odkąd pamiętam," tłumaczy, wyżywając się na obręczy kierownicy w geście stłumienia gniewu. Zostawiam go na chwilę w spokoju, aby uderzyć z tym samym pytaniem które zadałem Cándido. "Więc to kwestia klasy - Betis i Sevilla? Oni są szlachtą a béticos robolami?" Zgodnie z przewidywaniami daje mi krótką reprymendę: "Pff  - co za bzdury. Sevillistas mają po prostu więcej kasy i nic więcej. No i trzymali się z Franco. Wygrali ligę tylko dla tego że wszyscy w miarę przyzwoici dali nogę podczas wojny."

Taxista, którego nie śmiałbym prosić o imię, odnosił się do ciekawego okresu w Hiszpańskim futbolu, wywołanego dzięki "neutralności" kraju podczas II Wojny Światowej. Jedyny tytuł mistrzowski jaki zdobył Betis miał miejsce w 1935, a więc rok przed wybuchem wojny domowej i zaledwie kilka miesięcy przed zamachem na Andaluzyjskim poecie Lorca'e, zastrzelonym przez Guardia Civil za robienie z nich myszki miki w swojej poezji. W tym mitycznym roku dla miasta, w którym Sevilla również sięgnęła po trofeum, trzon drużyny Betisu uformowany był z Basków, synów rodzin które przeniosły się na południe kiedy wczesne lata rewolucji industrialnej północy zaczęły dawać "górze" w kość.  Z drużyny która sięgnęła wtedy po mistrzostwo, sześciu było Baskami i po ogłoszeniu wojny domowej każdy z nich zapadł się pod ziemie. Obrońcy Areso i Aedo co prawda wzięli udział w udanym tourne'e zespołu Euskadi po Europie i obu Amerykach, ale reszta nigdy nie postawiła nogi w Hiszpańskiej lidze. Żeby dodać nieco egzotycznego smaku, menedżerem Betisu był Irlandczyk, Patrick O'Connell.

Po tym jak II Wojna Światowa otworzyła bramy przeszłości Betis był w Segunda Division a Sevilla wciąż kąpała się w blasku złotej ery. Między innymi wygrywając puchar i zajmując drugie miejsce w lidze w 1939 -  czyli roku wznowienia rozgrywek, zajęli jeszcze drugie miejsce w 1943 i sięgnęli po tytuł w 1946 - tak jak Betis, ich jedyny tytuł mistrzowski po dziś dzień. Aby wzniecić kontrast, czyli sol y sombra dwóch ekip, Betis wpadł wtedy w sidła otchłani Tercera Division z końcem 1946. W otchłań ponieważ wiele klubów wkraczających w te rejony nigdy więcej nie ujrzało światła dziennego. Zostali tam przez siedem chudych lat, prawdopodobnie podczas kiedy mój kierowca grał dla Triany. Ale powiedział mi że kiedy wrócili do drugiej ligi był już razem z nimi, więc pewnie były to późne lata 50'.

Jego dystans po moim pytaniu o "klasach" jest podobny co u Cándido, ale zaczynam czuć że to już tylko zwykły odruch, coś co dawno zostawiono w przeszłości. Niezaprzeczalnym natomiast jest, że Betis ściągnął na siebie poparcie z dzielnic które utożsamiały się z lewicowymi poglądami politycznymi, działalnościami unijnymi, cygańską kulturą i ubóstwem. Sewilla to miasto które mocno cierpiało podczas pierwszych dwóch dekad stulecia i było pierwszym jakie poddało się rządom Franco po powstaniu Nacjonalistów w 1936. Wczesne przechwycenie Sewilli nie było oczywiście dziełem przypadku - już przed wojną miasto było ważnym punktem dla krajowego przemysłu zbrojeniowego. Franco konsekwentnie otrzymywał wsparcie od ludzi rządzących miastem, wśród których był między innymi mocarny Sánchez Pizjuán.

Kiedy futbol oficjalnie wrócił do akcji w sezonie 1939-1940, Puchar Króla został przemianowany na Copa del Generalísimo - w geście hołdu dla dyktatora. Franco miał stos powodów aby być dumnym z faktu że to właśnie Sevilla wygrała jego pierwszy puchar, oprócz tego, że w wielkim finale pokonała wynikiem 6-2 jego rodzinny Racing de Ferrol... Mecz odbył się na stadionie Montjuic w Barcelonie a puchar został wręczony z rąk jednego z jego wysoko cenionych zbirów, Generała Moscardó, debiutującego w roli ministra sportu. Barcelona była sprytnym miejscem do rozegrania tego finału, koniec końców każdy mógł przyczynić się do nowego politycznego ładu, nawet Ci którzy kategorycznie sprzeciwiali się temu od samego początku.

Sama Barcelona nie wzięła udziału w tym turnieju, nie będąc w stanie skompletować zespołu po zaledwie 40 dniach od ustąpienia działań wojennych, podczas kiedy Athletic Bilbao wystawił do gry zespół pozbawiony przyzwoitych grajków, z których część "zniknęła" po zniknięciu w trakcie wojny, lub nadal była w trakcie tourne'e po Ameryce. Ich eliminacja wynikiem 8-2 z rąk sąsiedniego Alaves była kolejnym znakiem początku nowej ery, w której wcześniejsza hierarchia nie miała miejsca na powtórkę. Puchar został mianowany na La Copa del Rey po śmierci Franco i co dające do myślenia pierwszym zwycięzcą w 1977 był... Betis. Historia nie mogła napisać tego scenariusza w trafniejszy sposób. W finale pokonali Basków z Bilbao, jakie właśnie wskrzeszało się ze zmarłych dzięki zaciągowi młodych z cantery. Canteranos odwdzięczyli się zaufaniem wygrywając mistrzowski tytuł sześć lat później.

Mój drugi taksówkarz opowiada mi o tramwajowej konspiracji Sánchez'a Pizjuán'a, kiedy decyduję się zapytać go o byłego premiera kraju Felipe González'a, najpopularniejszego fana-celebryty Betisu. "Poprzedni kierowca powiedział mi że zwyczajnie wskoczył na powóz," zaoferowałem. "Więc jest ciotą," nadeszła odpowiedź. "Jego staruszek pochodził z Santander," kontynuuje spontanicznie i mam poczucie że złagodniał. "Robił w kopalni. Każdy nazywał się tam González. Felipe był w porządku. Na pewno lepszy niż ten klaun [José María Aznar] co teraz. Nie chodził na mecze zbyt często, to prawda. Niektórzy mówili że był sztucznym kibicem, ale prawdopodobnie żaden z nich nigdy nie był premierem. Był zbyt zabiegany żeby chodzić na krwiste mecze. Nawet kiedy był młody, jako pracownik partii nie miał na to czasu. Nie - był w porządku. Chodził jako dzieciak. Wiem że chodził."

Wjeżdżamy teraz w dzielnicę Heliópolis i zaczynam błyskawicznie odkrywać jej elegancję... Domy w stylu klasy robotniczej wyglądają jak te w Kensington - urocze rezydencje postawione przy samej drodze, wybudowane w stylu neo-kolonialnym dosłownie wtapiają się w szaro-brązowe mury stadionu, nazywanego wtedy Estadio Manuel Ruiz de Lopera, po "kasiastemu" właścicielu. (Nazwę stadionu Estadio Benito Villamarin przywrócono w 2010) Teren przechodzi przez odnowę podczas kiedy kierowca obwozi mnie wokół stadionu i na parking, wskazując na stosy gruzu oraz rusztowania, które docelowo wesprą opuszczany dach - sztuczka na jaką nalega Lopera aby zamienić swój obiekt w najbardziej nowoczesny w Europie. Robi się ciemno, jedyne światło dochodzi z za trybuny zachodniej, mianowicie klubowego sklepu, wciąż otwartego na interesy.

"Słuchaj," mówi prawie normalnym tonem, "gdybyś przyjechał wcześniej mógłbym przedstawić Cię kilku twarzom. Wciąż znam tu kilka osób. Powiedzieli by Ci to co chcesz wiedzieć." Podziękowałem mu, po czym nasz przyjacielski klimat zamienił się w szorstki dystans, ale wciąż mogłem liczyć na instrukcję wydostania się z okolicy. Wskazuje na zachód tłumacząc że bez problemu zajadę do miasta Heliópolis, ale będę miał problem ze znalezieniem przejażdżki z powrotem. Wiem że nie zamierza kusić mnie kolejną trasą, jest na to zbyt bezpośredni. Powiedziałby mi. Przez chwilę się waham, wygląda na to że jestem w kropce, z dala od centrum, na obrzeżach miasta które ma kiepską reputację po zmroku. Kontrast pomiędzy Sánchez Pizjuán nie mógł być lepszy, żadnych wysokich budynków z powiewającym praniem, żadnych barów udekorowanych na zielono biało. Miejsce wygląda na martwe.

Uściskam mu dłoń płacąc przez szybę samochodu. Kiwa głową, lekki smętek w oku, chwila i już go nie ma, wraca do swojego świata, z powrotem do swoich zadumań. Taksówkarze muszą spędzać sporo na przemyśleniach, co prawdopodobnie wyjaśnia dla czego zawsze mają coś do powiedzenia. Zamknięci przez długie godziny w obrysach swoich aut, muszą mieć mnóstwo czasu na refleksje, na dumanie co by było gdyby - a w tej konkretnej kwestii, może moje pytania przypomniały mu stare dobre czasy kiedy wciąż był pełnym nadziei młodzieńcem, pogrywającym w Trianie i dostającym swoje dwa mecze w pierwszym zespole, w czasach, kiedy Pelé dopiero co wkraczał na scenę a Real Madryt wygrywał swoje pięć kolejnych Europejskich Pucharów. Dawno temu, zanim kluby obrodziły w takie próżności jak oficjalne sklepy. Błąkałem w myślach o tym przez chwilę, odwracając się od zielono-białych strojów i plakatów Alfonso, wszystko to zdeklarowane w drobnomieszczańskich cenach.

Z powrotem na parkingu, stadion wyłania się spod nocnego nieba. Oddany klubowi przez magistrat miejski po zdobyciu mistrzostwa w 1935, wtedy nazywany jeszcze jako El Heliópolis, oficjalnie został oddany klubowi za symboliczny czynsz w wysokości 1 peseta za rok, opłata regularnie pobierana po dziś dzień. Niemniej jednak obiekt miał ciężki start swojego żywota. Po dwóch dniach rozpoczęła się Wojna Domowa, stadion zamienił się na parking dla ciężkich maszyn oraz pojazdów zbrojeniowych, rzekomo również, był lęgowiskiem tortur dla Republikanów niechętnych do rozmowy. Boisko Sevilli, z racji swego centralnego położenia, posłużyło jako permanentne siedlisko administracyjne dla militarnych myślicieli.

Maszeruję przez cichą ulicę za stadionem w poszukiwaniu taksówki do podrzucenia mnie do Triany. Domy wyglądają tutaj jak z pluszu, może z połowy 19-ego stulecia a ulice co kilka jardów wypunktowane są drzewami pomarańczy, wciąż obciążonymi owocami mimo późnego października. W pobliżu nie ma absolutnie nikogo, nietypowo dla Hiszpanii o tej porze. Wychodząc na główną drogę udało mi się wyflagować jedną z taksówek, proszę o zabranie do baru Blanco Cerrillo w Tiranie - czarciej krainie po drugiej stronie rzeki.

Według futbolowego Rough Guide, jest to bar Betisu a miejscowi "znają swoją piłkę". Właściciel pensión powiedział mi że bar znajduje się w Trianie, więc przekazałem to kierowcy. To młody dzieciak, jaskrawe, niebiesko-żółte dresy, i nie, nie słyszał nigdy o tym barze, ale znajdzie go dla mnie, bez problemu. Spytałem go o okolice Heliópolis i potwierdził to co widziałem, ma uniwersytet, przedsiębiorstwa, parki - tłumaczy że jest całkiem pijo [zamożna], ale używa słowa niechętnie, jakby nie chciał zostać ometkowany jako bohater klasy pracującej. Wygląda na spokojnego i przyjacielskiego, więc mogę rozpłynąć się w swojej rutynie.

"Myślałem że okolica Betisu będzie cięższa niż to. Jestem zaskoczony po tym co słyszałem." Kręci głową. "Nie tutaj, kluby nie zawsze grają w dzielnicach z których pochodzą fani." Pytam go, komu kibicuje. "Betis," odpowiada bardzo dyskretnie, zupełnie jakby nie był gotowy żyć i umierać za całą sprawę. "Masz znajomych którzy kibicują Sevilli?" Spróbowałem w ten sposób, z racji że jest najmłodszy z pośród moich wszystkich dotychczasowych rozmówców. Dostrzegam jego uśmiech w lusterku. "Nie za wielu," zarzuca. "Ale to żaden problem. Nie jestem ultra czy coś w tym stylu." Spytałem go w co wierzą ultrasi Betisu. Wzrusza ramionami. "Ja wiem. To Naziści czy coś. Ale tak jak Ci z Sevilli." Próbuję żartu. "Więc wszyscy są przyjaciółmi?" Obraca się do mnie po raz pierwszy i wygląda zdecydowanie za młodo aby prowadzić taksówkę. "Nie, nie - są też zabijacy. Wojny narkotykowe i takie tam. Nienawidzą się."

Przejeżdżamy przez most do Triany, ale kiedy zatrzymujemy się z pytaniem o namiary na mój bar, dostajemy lancetowatą odpowiedź, co sugeruje że mój pensión kolega wymanewrował mnie w ciemno. "To w Macarenie," tłumaczy, wskakując do auta, więc daje mu błogosławieństwo aby kontynuował podróż dalej. Odbijamy w drugą stronę mostu kierując się drogą wzdłuż rzeki. "Więc Macarena jest bético?" Zapytałem retorycznie? "A z czego innego może być znana, poza piosenką?" Młodzieniec wydaje się być przerażony moją ignorancją, ale jest zbyt uprzejmy żeby to wyjawić. "Er, Basilica, wiele innych kościołów, wiele historii..." Jego głos zapadł z onieśmielenia. "A odnośnie piosenki," staram się uratować rozmowę. "Czy Hermanos del Rio pochodzą z okolicy?" Najwidoczniej nie, gdyż mój najnowszy bético konwojent odstawił mnie na koniec mojej podróży.

Ciemność zaniedbanego pobocza drogi rozszczepia blask obskurnego napisu Blanco Cerillo. Pożegnałem taksówkarza Nr 3 i zacząłem kontemplować celowość mojej zagadkowej rundy po Sewilli. Na wstępie, pusto tu. Oczekiwałem hordy wielkich, spoconych béticos, drżących z podniecenia od oprowadzania mnie po najnowszych plotkach w klubie. A tu... Dotarłem tak daleko, więc wchodzę do środka, mrugając lekko w stronę jasnych świateł, lśniących białych ścian i zamawiam piwo. Może ktoś podbije.

Barman jest w swoich późnych 20-tych, pre-dojrzale łysiejący, noszący stale zmarszczone brwi, prawdopodobnie ma je z pracy. Wielki spasiony facet człapie do baru z swoją żoną i z miejsca inicjuje rozmowę z barmanem o Realu Sociedad, nawet przed zamówieniem drinków i tapas. Mówi coś o Querejeta, byłym piłkarzu Realu który obrócił się w reżysera filmowego, ale jego lokalny dialekt jest tak gwałtowny że nie mogę wywnioskować o co mu chodzi. Skoro wymiana zdań nie otwiera mi żadnych drzwi do konwersacji, rzucam okiem po areale małego baru. Tak jak pisze w książce, są tu karykatury starych i nowych piłkarzy klubu, ale nie wydają mi się na tyle atrakcyjne aby umieszczać je w miejscach wartych odwiedzenia, tym bardziej że daleko stąd do centrum.

Po chwili dostrzegam po prawej, za Panem Tłustym, obramowany proporzec Betisu z 1935, roku ich tytułu mistrzostwa. Ku mojemu zdziwieniu po jego lewej pozostawiono identyczny obramowany proporzec Sevilli, również upamiętniający ich świetność. Łapie oko barmana. "Przepraszam," zaczynam, "przyjechałem tu bo słyszałem że to bar muy bético i zauważyłem na ścianie proporzec Sevilli. Myślałem że to będzie niedozwolone." Barman, teraz najwyraźniej właściciel, uderza z tym samym co wysłuchiwałem dziś przez cały dzień. "Pff - moja matka to sevillista, i mój brat. To tu normalne."

Pan Tłusty patrzy na mnie z podejrzeniem. Spróbuje poczęstować właściciela odrobiną Angielskiego humoru. "A więc nie zabiłeś jeszcze matki, eh? Uśmiecham się szeroko. Reakcja właściciela nie jest dokładnie taka jak oczekiwałem. "Za cholerę nie - dla czego myślisz że mógłbym to zrobić?" pyta, krzywiąc się, jakby przez nietrafienie w ironię mojego pytania istniało prawdopodobieństwo popełnienia matkobójstwa nad pytaniem o piłce nożnej. Zmieniam taktykę. Wyjaśniam mu że kierowca taksówki opowiadał mi o braciach, grających dla dwóch klubów w latach 50-tych. Tłumaczę że byli bliźniakami, podczas kiedy barman zaczyna zamieniać się w zmartwionego, jakby nie chciał abym wiedział czegoś, czego nie wie sam. Pyta skurczonego mężczyznę który wszedł do środka przed chwilą, zajmując miejsce po mojej lewej. Drobny mężczyzna przytakuje mądrze i wraca do swojego piwa. Przytakuję i ja. "Więc to tylko potwierdza. Oba kluby są całkiem przyjacielskie."

W tej chwili, Pan Tłusty nie mógł dłużej wytrzymać w stanie opanowania. "Większość sevillistas to gilipollas [dupki]," wnosi, a jego drobna żona z ustami przepełnionymi pieczywem przytakuje w zgodzie. "Powiedziałem mu żeby zdjął ten proporczyk, ale to jego bar," nadmienia, również upychając się chlebem. "Czemu ich nie lubisz?" pytam. "Bo zawsze są jodiéndonos [szydzą z nas]. Lepiej niech skończą w Segunda Division. Powinni zostawić nas w spokoju."

Zdaje się że rozmówca odnosi się do sezonu 1994-95, kiedy Sevilla łapiąc resztki oddechu po odejściu przepłaconego i nieefektywnego Diego Maradony, nie zdołała zadeklarować federacji na czas wysokości swoich kont. Grube ryby na specjalnym zebraniu zdecydowały relegować klub, ale nie do Segunda A, a do zatopionej ligi B, co odebrano na równi z przestępstwem. Poza niekwestionowaną winą po stronie Sevilli, obszar Nervión przytłoczyła niestrawna wrzawa, dwóch dyrektorów otrzymało groźby śmierci a zagorzały kibic Sevilli przeszedł na strajk głodowy. Decyzja komitetu trybunału o odkręceniu wyroku nigdy nie została racjonalnie wytłumaczona, ale fakt że Sevilla mimo braku oczyszczenia kont pozostała w pierwszej lidze podniosło ze zdumienia wiele brwi.

Gazety Betisu przeżywały wtedy dzień zbiorów, oczywiście, obracając całą sprawą przy każdej sposobności - nie żeby ich prezydent, Lopera, kiedykolwiek uważany był za inkarnację człowieka płacącego uczciwe pieniądze za wykonanie uczciwej roboty. Albacete, relegowane w tym samym czasie za konwencjonalny brak wystarczającej ilości punktów, z początku zostało zaproszone z powrotem do elity aby zastąpić w niej Seville. Kiedy jednak dowiedzieli się o odkręceniu całego zamieszania, zagrozili podjęciem legalnych akcji prawnych. Cały pogmatwany biznes zakończono rozszerzeniem Primera Division do 22 klubów oraz jajkami na wielu twarzach.

Po czerwcu 1997 roku poetycka sprawiedliwość dała za swoje i Sevilla spadła do drugiej ligi tak czy inaczej, po sezonie w jakim nie byli w stanie zastąpić Davor'a Suker'a, niechętnie sprzedanego do Realu Madryt. Bebeto, wcześniej jako bohater w Deportivo, przyleciał z Brazylii aby spróbować strzelić kilka bramek dla schorowanej drużyny, ale musiał wrócić do domu, kiedy okazało się że klub nie był w stanie zapłacić Flamengo jego kwoty transferu a następnie nie był wstanie zapłacić Bebeto jego pensji. Kiedy próbowali kupić Roberta Prosinieckiego z Barcelony sezon wcześniej, ich czek został odbity. Do czegokolwiek referował się mężczyzna przy barze, wygląda na jasne że reputacja Sevilli za bycie bardziej zamożnym i zdolnym finansowo z dwóch klubów jest kolejnym mitem, lub przynajmniej ich niezdolność do przekonywującego zaprezentowania ich ksiąg rachunkowych zdaje się być sercem problemu. Sánchez Pizjuán prawdopodobnie przewraca się w grobie.

Wracając do baru, Canal Sur, regionalna stacja transmituje na żywo derbi Realu Madryt - Atlético, zważywszy na czas pierwszego gwizdka zaplanowanego na 8 wieczorem, kilka futbolowych dusz zaczyna wyłaniać się na wierzch. Real Madryt wcześnie otwiera strzelanie, ale Jimmy Floyd Hasselbaink ładuje dwa pioruny, José Mari kolejnego i Atlético schodzi na przerwę z rezultatem 3:1. Wynik nie koniecznie dobrze odbierany przez tutejsze ćmy barowe. Wszyscy obecni wyglądają na kibiców Realu Madryt, zapewne po Betisie, no i mam wrażenie że są przybici dumnym prowadzeniem Atlético na Bernabéu.

Skąd pochodzę, Madryt widziany jest jako oszust, przereklamowany arystokrata, jako hegemonia na zakręconym sercu Hiszpańskiego uczucia. Oglądanie trwogi na twarzach tych ludzi przy wyniku 3:1 jest czymś w rodzaju kulturowego szoku. Jakkolwiek, trzeba mieć na uwadze że Sewilla od dłuższego czasu uważana jest za szczęśliwe miejsce dla tej bardziej nacjonalnej strony, jak choćby triumf kadry narodowej 12-1 nad Maltą, niespodziewanie zabierający naród na finały Mistrzostw Europy w Francji w 1984. Co ciekawe, sławny mecz rozgrywany był na ziemi Betisu, gdzie Hipólito Rincón, lokalny napastnik, strzelił cztery gole. Nacjonalizm następnie zdecydował na wybranie Sánchez Pizjuán za preferowane miejsce spotkań, zapewne z powodu większej pojemności obiektu w Nervión - co dla Betisu było kolejnym powodem do poczucia niesprawiedliwego traktowania w stosunku do sąsiada zza miedzy.

Aż do towarzyskiej porażki 2-1 z Holandią w listopadzie 2000, selcción nigdy nie przegrała w Sewilli a kibice na obu obiektach, w geście patriotyzmu, są najszczęśliwszymi celebrytami rozwiewania pro-Hiszpańskich flag. Uczucie wędrówki pod górkę wśród kibiców Betisu nigdy nie przetransformowało się w nic anty-patriotycznego, no i, rzecz jasna, klub skupia w swojej nazwie prefiks "Real", czego żaden republikanin nawet nie myślał o zmianie. To może pomagać w zrozumieniu nastawieniu pod Real Madryt. Atlético przy okazji jest raczej hybrydową bestią, stworzoną przez Basków, wdrążoną w XXI wieku przez Jesús Gila i jego rodzinę. Dla tych którzy nie noszą regionalnych awersji, Real Madryt jest oczywistym wyborem.

Barman otworzył się na mnie odrobinę, argumentując powody zamieszczenia jego lokalu w Rough Guide. Najwidoczniej nauczyciel Angielskiego w akademii językowej z naprzeciwka znał publicystów i został poproszony o urwanie kawałka materiału o Betisie, przed ich meczem w Pucharze Zwycięzców Pucharów z Chelsea w 1998. Zrezygnowany poszukiwaniami prawdziwego baru Betisu poza licznymi peñas - lokalami fan klubów - postanowił obdarować sławą swoją pobliską pijalnię, ot cała historia. "Nie jesteś pierwszym który przychodzi tu z tego powodu," mówi, raczej znudzonym głosem co sugeruje że moje poszukiwania nie interesują go zbytnio. Jednakże, żegna mnie rdzennymi kartami publikacji lokalu no i srodze spuszcza z mego ración za stek z frytkami jakie jego żona zaserwowała mi w przerwie. Uścisk dłoni i jestem na gorącej, ciemnej ulicy. Chce wrócić do centrum i odwiedzić katedrę, gdzie miejski chór rozpocznie koncert o 9 w nocy. Wystarczająco futbolu na dziś.

A jednak będzie więcej. Kierowca taksówki Nr 4 ma włączone radio i po usłyszeniu że Real Madryt jest 3-1 do tyłu zrywa się rycząc "¡joder! Le van a mandar a Toshack a la mierda!" Na wstępie, nie sądziłem się że zajdę z nim do rozmowy futbolu. Do złudzenia przypomina mi Woody'ego Allen'a, z identycznymi pierzchliwymi gestami, charakterystycznymi okularami i podejrzanym garbem za kółkiem, jakby cierpiał na krótkowzroczność. "No nie wiem," mówię, nachylając się do przodu. "Było by zbyt kosztownym puszczenie go na bruk tak szybko." Woody wziął to na rozważanie, forsując okulary na czubek nosa, mrużąc oczy przy mijających światłach. "Może i tak," skina głową z namysłem. "Więc jesteś Anglikiem?" pyta retorycznie, prowadząc na mnie błyskawiczny kasting w swoim tylnym lusterku. "Co Cię tu sprowadza, Święto Zmarłych?"

Odnosi się do poniedziałkowego Dia de los Difuntos, święta Iberyjskiego, które w Sewilli, mieście tysiąca fiestas, obchodzone jest z szeroką paletą kolorów. "Chodzi Ci o Clemente jutro?" Żartuje, po czym towarzysz wybucha alarmowym rechotem, prawie wypuszczając kierownice z rąk. "Ha! Dobre!" porykuje. "Więc lubisz piłkę?". "Tak," odpowiadam. "Tak bardzo że jadę jutro do Huelvy zobaczyć Recreativo w akcji." W tej chwili na prawdę mało brakowało do stłuczki. "Huelva! Po kiego chuja tam jedziesz?" huknął. "Jesteś jakimś masochistą czy jak?" Przytakuję. "Najwidoczniej. Piszę książkę o Hiszpańskim futbolu i chce zobaczyć gdzie to się wszystko zaczęło," Wyjaśniam. Po usłyszeniu tego Woody zaczyna być bardziej poważny. "O proszę," mówi, kończąc z rechotami, poprawiając okulary jeszcze jeden raz. "Od nich się wszystko zaczęło a teraz nikt o nich nie dba. Nikt o nich nie pamięta, bo grają gówno, ale to nie jest ich wina. Huelva jest za blisko tego miejsca. Wiele dzieciaków stamdąd to sevillstas." Teraz dostałem swoją szansę, zadaje mu nieuniknione pytanie - Betis czy Sevilla - ale czeka na mnie niespodzianka.

"Ani jeden, ani drugi!" Wrócił do rechotu. "Nie znoszę ich. Jestem za Valencią." Sugeruję że nie może być miejscowym. "Żebyś wiedział że jestem!" oznajmia. "Jestem tutaj lokalnym dziwakiem. Moi kumple do dziś mnie nie rozumieją. "Pytam się czemu Valencia. "Nie wiem, na prawdę. Zawsze lubiłem ich kolory, białe koszule, czarne spodenki. Prawdziwy kontrast. Nie ma wielu takich drużyn." Zakończył charakterystyczną ciszą, jakby to co powiedział poszło odrobinę za daleko. Wygląda na książkowego intelektualistę, niechętnego do ujawnienia.

Odwracam temat z jego osoby. "Czyż to niezwykłe," zauważam podchwytliwie, wiedząc że trafi z odpowiedzią na jaką czekam, "każdy mówi tu o piłce. Każdy jest albo za Betisem albo za Sevillą, ale mimo to cały czas słyszę że nie ma tu żadnego konfliktu pomiędzy klubami, to taki przyjacielski rodzaj morbo." Zanim dokończyłem zdanie minęliśmy po prawej katedrę. Zjeżdża na pobocze i parkuje dwoma kołami na krawężniku, smakując turystycznego serca miasta, nie zważając na spory korek z tyłu. Chce mi odpowiedzieć jak należy.

"To prawda. To rivalidad sana, " oznajmia, jakby chciał abym zacytował go w swojej książce. Ma na myśli że jest to zdrowa rywalizacja. "Jest sporo dzieciaków - świrów, Nazistów - bez zajęcia, ta podkręcili temperaturę odrobinę, ale to tylko testosteron," tłumaczy do środkowego lusterka, zmieniając oczami za każdym razem kiedy łapie z nim kontakt wzrokowy. "Musisz być jednym albo drugim, inaczej jesteś nikim. Kiedy kończy się fiesta, o czym tu gadać? Nawet dziadkowie siedzą w temacie. Béticos, hombre, to najlepsi kibice w Hiszpanii. Nie ma debaty. Będą kibicować za klubem nawet w Trzeciej Lidze - mają to gdzieś. W Madrycie, nie ma szans. Bilbao - też nie. Spójrz na Sevillę. Trybuny są w połowie puste po przerwie kiedy drużyna dostaje. W Betisie trybuny zostają takie same. To jest główna różnica. To kwestia społeczna. Sevilla jest mieszczańska - mówią że to się zmieniło ale nic z tych rzeczy. Jeśli Sevilla będzie w dołku połowa kibiców w niedziele pójdzie na siłownię," mówi w taki sposób że zaczynam wyczuwać Andaluzyjski akcent klasy średniej. "Kobiety w futrach - wyciągają je jak tylko usłyszą że meteorolog powie że lato się skończyło, siedzą w Pizjuán wynudzone, kiedy mężulkowie żują pieprzone cygara. Nie cierpię tego. Dla tego kibicuję Valencii."

Opowiada do samego końca, prawie zapominając o policzeniu opłaty. Płacę i dziękuję, kiedy z jakiegoś powodu decyduje się na opowiedzeniu o moim taksówkarzu Nr 2, byłym kopaczu Betisu. Zwyczajnie wydaje mi się że to go zainteresuje, kiedy otwieram drzwi samochodu. Odpowiada natychmiast. "Tak, jest jeden, jeździ taksówką - starszy typek, nazywa się Alejandro. Nie pamiętam jego nazwiska. Grał dla Triany. Zrzędliwy stary gnojek." Śmieje się afirmatywnie i zostawiam Woody'ego z jego pracą. Kiedy odjeżdżał, prawie skusiłem się na spisanie jego numeru, aby zadzwonić później z propozycją przemielenia jeszcze raz sprawy z Sevillą i Betisem. Mam wrażenie że płynęliśmy z jednym wiatrem, poza tym zatrzymał samochód i zgasił silnik, aby zebrać do kupy myśli, licząc że spytam go co tak na prawdę myśli. Z czasem kiedy wyjąłem długopis z kieszeni samochód był już kawałek stąd. Wzruszam ramionami decydując się nie posuwać niektórych spraw za daleko. Statki odpływające po zmroku... Lepiej tak to zostawić.

"Mieszczański" - dziwne słowo w tych okolicznościach. Burguesa było dokładnym słowem jakiego użył, bardzo obszerny termin w Hiszpańskim z różnego rodzaju skojarzeniami w subtelnym kontekście Hiszpańskiej klasowości, jakiej w większości nie byłem w stanie zrozumieć. Hasło Betisu Viva er Beti manque pierda trzeba przyznać brzmiało by niezręcznie z ust dam w dumnych futrach. Po ostrożnym sformułowaniu do kolokwialnego Andaluzyjskiego, brzmiało by trochę jak słynne "Niech żyje Arsenal!" z wczesnych raportów Pathe News z finału Pucharu, z głosem podzielonym między Quentin'em Crisp'em a Duke'm Edinburgh'em.

Fraza Betisu jest szeroko rozpoznawalna w całej Hiszpanii, utożsamiając się z ideą jakoby klub reprezentowany był przez sektor robotniczy. Er Beti powinien zamienić el Betis, ale Andaluzyjski popularnie gubi wymowę końcówki "s", dusząc za razem spółgłoskę "l" w coś w stylu "r". Manque pierda w standardowym Kastylijskim powinno się czytać anque pierda, a cała fraza znaczy "Niech żyje Betis, mimo że przegrywa!". Niecodzienny pogląd w Hiszpańskiej kulturze, nie przyzwyczajonej do publicznych deklaracji względem destrukcyjnych aspektów kibicowania.

Historyczny slogan zapewne akceptuje teorię jakoby Betis był potencjalnym przegranym - sentyment nie koniecznie popierany przez namolnego prezydenta na końcu 20-go stulecia, inwestującego (marnującego, powiedzieliby co niektórzy) £22 milionów na Brazylijczyka Denilsona, decydującego się następnie na nazwanie stadionu swoim imieniem.

A co do "zdrowej rywalizacji"? Dochodziłem do zaskakującej konkluzji że to prostu tyle. Przykład historyczny sugeruje aż nadto.  Poza niesamowitym rokiem 1935 (oraz równie niesamowitym rokiem 2000, kiedy oba kluby spadły do drugiej ligi), dwie strony spędziły osobliwie odwrócone rodzaje koegzystencji, jak większość klubowych kronik powtarzalnie to podkreśla. Juan José Castillo, szanowany Hiszpański pisarz sportowy, ten sam który przyczynił się do powstania kilku nudnych stron w Historia del Fútbol Español, swego czasu pisywał w regularnie publikowanych magazynach Epoca w latach Siedemdziesiątych, naciskał na ten aspekt Sewilli, ażeby użyć każdą możliwą metaforę znaną językowi, jaka mogła by ilustrować Hiszpańską miłość do podziałów.

Jego eseje odnośnie dyskusji o dwóch klubach jako cal y arena (proch i piasek) wyrażały wynurzanie na powierzchnię potężnej Sevilli w czasach wojennych, podczas kiedy Betis tonął w mrocznej głębi. Aby zmienić bieg opowieści opowiadał o cara y cruz (twarz i krzyż - dwie strony medalu) przedstawiając zagadkowy sezon 1977-78 w wykonaniu Betisu, w którym drużyna postawiła przyzwoity ślad w swojej pierwszej podróży po Europie - "Eurobeti" jak nazwali się po pamiętnym Pucharze Zwycięzców Pucharów - eliminując AC Milan i Lokomotiv Leipzig przed odpadnięciem z Dynamo Moskwa w ćwierć-finałach. Po przywitaniu swoich herosów z delegacji w Związku Radzieckim (cara) resztę sezonu spędzili na zataczaniu się na kacu po ligowych zaułkach, kończąc jako spadkowicz (cruz). Mecz został przeniesiony z Moskwy do Tbilisi z powodu śnieżycy w stolicy, jednak Betis pozostawał w przekonaniu że był to spisek, skłaniając trenera do napisania (dosłownie) listu do Breżniewa, skarżąc się że zespół z tak zakorzenionymi socjalistycznymi tradycjami nie powinien być traktowany w tak podły sposób.

W prawdzie Radio Moskwa obroniła swoich braci "proletariatu" w 1949, najwyraźniej zapomniała o socjalistycznych powiązaniach w 1978 [Kiedy trener Betisu, Francisco Antunes odbył zapomnianą podróż z ławki Betisu na ławkę Sevilli pod koniec lat 1940', Radio Moskwa zadeklarowało: "Sevilla, kapitalistyczna drużyna miasta, zdeptała swych zacnych sąsiadów proletariatu, drużynę Betisu, nadużywając mocy oddanej im przez reżim faszyzmu Franco."]. Dziennikarz Castillo był razem z zespołem podczas tamtej tułaczki, twierdząc po powrocie że nie otrzymywali posiłków, po meczu byli zmuszeni do brania zimnych pryszniców a w hotelu wyłączono ogrzewanie.

Jakby tego było mało, spadek pod koniec sezonu również uwikłany był w kontrowersje. Betis spadł pomimo zakończenia ligi nad Elche oraz Cádiz, utrzymując ten sam poziom punktowy z Hérculesem i Españolem, z znacznie przeważającym bilansem bramkowym. Na nieszczęście dla nich, system operujący w tamtym czasie bazował na bilansie porażek u siebie i zwycięstw na wyjeździe oraz ich stosunkach. Jednak prawdziwe wzburzenie tego okresu wywołał tak zwany complot de Alicante w którym Sevilla, bezpiecznie uchowana w środku tabeli, celowo przegrała swój mecz z Hérculesem w Alicante, upewniając się że ich sąsiedzi zostaną relegowani. Nie był to ani pierwszy ani ostatni taki przypadek.

Jest sporo z sol y sombra również po stronie Sevilli. W 1934 wygrali promocję z Segunda Division pokonując Atlético Madrid w ostatnim meczu sezonu. Podczas powrotu do domu, pociąg transportujący kibiców Sevilli uderzył w zestaw kolei stacjonarnej, wykonującej prace naprawcze na tym samym torze, zabijając dziewięciu kibiców, poważnie raniąc ponad setkę, w wydarzeniu które do dziś pozostaje największą Hiszpańską tragedią powiązaną z piłką nożną. Obchoty celebracji zostały odwołane a miasto ogłosiło tygodniową żałobę.

Ale Sevilla w zmowie z faszystami? Podczas powrotnej podróży na lotnisko w Sewilli, dzień po mojej wycieczce do Huelvy, zaczepiłem taksówkarza Nr 5. Wygląda na luźnego mężczyznę i temat Recreativo Huelva poruszyliśmy po zaledwie 30 sekundach w samochodzie. Nie mam dużo czasu a jest wciąż kilka rzeczy o jakie chciałbym zapytać.

Również jest bético, definitywnie ustalając wynik na cztery do zera. "Faszyści? Nigdy o tym wcześniej nie słyszałem. Czemu?" Jest przyjaźnie usposobionym mężczyzną w średnim wieku i jest trochę stłumiony tą sugestią. "A więc - drużynę z lat Czterdziestych nazywano Los Stukas czyż nie? Trochę podejrzanie, nie uważasz? Śmieje się. "To dla tego że strzelali tyle bramek. Pamiętam kiedy staruszek opowiadał mi o nich. Był sevillista. Grał dla juniorów. Stukasi rozstrzelali Barcelonę 11-1, myślę że to było w Nervión." Staram się odnieść do jego wyczucia historii. "Ale to tak jak nazywanie ich Luftwaffe, nie sądzisz?" Znów się śmieje. "Myślę że to trochę nie fair. Gdyby Betis strzelał tyle bramek nazwali by ich w ten sam sposób." A potem, najlepszy tekst po czterech dniach futbolu i przejażdżek taksówkami: "A jak mieli ich nazwać - Spitfires?" Następnie dodaje: "Było z tym trochę śmiechu." Gorące powietrze wwiewa nad jego szybą i coraz trudniej go słyszę. "Jakiego śmiechu?"

"Tak - był taki prezydent podczas wojny, jak jego imię... Pérez de Vargas, bogacz. Potem rządził miastem. Mówili że wszedł do klubu tylko po to aby mieć pewność wygranej w wyborach. Ale sprowadził [Juan'a] Arza'e. Wielkiego piłkarza. Nigdy by go nie kupili gdyby nie kasa Vargasa. Béticos nigdy nie mieli czegoś takiego, przynajmniej nie do teraz. Wyszło na jaw że był z Nazistami, ale kto nie był?" Mój notatnik znów na wierzchu. Zadziwiające. Pięć minut z pierwszym lepszym kierowcą taksówki i najciekawsze, najgłębsze, nawet najbardziej detaliczne szczegóły wylewają się z jego bezceremonialnych ust. Czy jakiekolwiek miasto się temu przyrówna?

Ostatnią rzeczą o jakiej chce się dowiedzieć jest Lopera, prezydent Betisu. Odkąd kierowca Nr 2 był etatowym mizantropem kiedy pytałem o jego opinię, potrzebuje trochę więcej od kogoś mniej przenikliwego. Spytałem jak Lopera dorobił się fortuny. "Zwykł wypożyczać radia i telewizory z drugiej ręki - w czasach kiedy rodzin nie było stać na wykupienie z marszu. Słyszałem że wymyślał z powietrza umowy o wypożyczeniach w których pisało że po określonym upływie czasu trzeba było wykupić sprzęt na własność. Podobno umowy były przepisywane aby ludzie nie wiedzieli o żadnej klauzurze." Wstrząsam ramionami w geście co dalej? "Przysyłał do domów "kolegów" domagających się gotówki. Jeśli ktoś nie płacił..." Zasugerowałem że nawet jeśli to była prawda, nie wyglądało to na najszybszy sposób na zrobienie majątku. "Nikt tak na prawdę nie wie. Z dnia na dzień dealer z drugiej ręki jest milionerem."

Śmieje się. "Hombre - oni wszyscy to oszuści. Będę zdziwiony jeśli okazałoby się gdyby choć jeden z prezydentów był uczciwy. Spójrz na Gila. Nikt go teraz nawet nie dotknie. Wszystkich ma pod kreską! Jeśli wsadzą go do więzienia kupi cały teren pod nim. Nie ważne, Lopera umieścił nas na mapie. Przed nim sprzedawaliśmy kogo popadnie, jak Gordillo, Del Sol'a, a teraz możemy kupić dobrych grajków, jak Alfonso czy Finidi'ego."

Zatrzymujemy się na lotnisku, wychodzi aby wysadzić moje walizki z bagażnika. "Więc - miło spędzonego czasu w Anglii," mówi, uściskając moją dłoń wypychając bagaż drugą. "Wyłączyłeś mi na chwilę umysł bo miałem zły dzień," wskazując z żalem na maskę tylnych drzwi jego białego Pegueota, które teraz widzę są głęboko wgięte. "Cholerny motocykl - ledwie pięć minut przed Tobą," wylewa, z ochotą na wygadanie się. "Uderzył mnie z boku - bum - na skrzyżowaniu. Wysiadłem sprawdzić czy jest OK. Leżał na drodze. Młody dzieciak. Podnosi się na motor, nie spojrzał na mnie nawet tylko spieprzył. Bez słowa. Gnojek. Trochę spuszczę z portfela. Nieważne, słuchaj, miło się rozmawiało. ¡Viva er Beti!" wydusza z siebie na końcu rozdartym głosem, pozdrawiając ręką przy odjeździe.

W środku eleganckiego terminala lotniczego, kompletnie odnowionego z okazji Expo 1992, doszło do mnie że pomimo kotłowni informacji aplikowanych w ciągu tych dwóch dni, nie jestem w pewnym sensie wcale mądrzejszy. Sewilla wygląda na miasto bardzo świadome swojego istnienia, tradycji, swojej kultury, swojej szczególności w szerszym kręgu, no i wyjątkowej natury swojego piłkarskiego morbo - i mimo to nikt tak na prawdę nie chciał przeanalizować lub zostać wciągnięty w jakąkolwiek dyskusję jaka naruszyłaby podkreślony konsensus iż rywalizacja jest "zdrową", cytując kierowce Nr 4.

Czy próbowałem desperacko wykopać rzekome bogate złoża morbo kiedy może istnieje jedynie pojedyncze, mniejsze? Jeśli ludzie przekonują że to tylko dobra czysta zabawa, ostatecznie trzeba będzie to właśnie w taki sposób zinterpretować. Jednak wydarzenia choćby takie jak rdzenne narodziny Betisu wciąż prowadzą do przeciwnej konkluzji, dosłownie że jest to brudny biznes i zawsze taki był. Betis z pewnych powodów stał się nierealny do przyswojenia fundamentów i podwalin jakiegokolwiek innego klubu.

Cztery lata po założeniu Sevilla FC w 1905 oraz 19 lat po zorganizowaniu pierwszego meczu na Hiszpańskiej ziemi, który został wygrany przez Brytyjskich pracowników Sewilskiej sieci kanalizacyjnej, trzech nowych dyrektorów Sevilli nie zgodziło się na zakontraktowanie piłkarza jakiego rodzina mieszkała w Trianie, gdyż miała robotnicze korzenie. Dwóch dyrektorów opowiadających się za ściągnięciem piłkarza opuściło klub i uformowało Betis, było to w 1909. (Nazwa odnosi się do Rzymskiego słowa dla Andaluzji, Baetica.) Nic dziwnego że klub błyskawicznie przyjął lewicową reputację. Księgi historyczne założenie klubu zazwyczaj datują na rok 1907, ale to odnosi się do uformowania Sevilla Balompié (balón = piłka, pie = noga), klubu jaki w 1913 połączył się z Betisem i uformował Real Betis Balompié jaki znamy do dziś.

Pięć lat po połączeniu, w przeddzień meczu regionalnego turnieju pomiędzy Sevillą a Betisem, lokalnym strażnikom Sewilskich baraków - gdzie militarną służbę odbywało pięciu zawodników Betisu - nakazano zamknięcie bram i zabroniono opuszczanie terenu. W proteście, Betis wysłał do gry drużynę juniorów jacy zostali poprzestawiani przez rywala werdyktem 22-0, wynikiem wciąż przypominanym przez kibiców Sevilli podczas dnia derbi. Kiedy numery zawodników zostały wprowadzane na klubowe koszulki na początku lat Dziewięćdziesiątych, Lopera odmówił umieszczania Nr 22 na zielono-białych trykotach.  "Konspiracja" nigdy nie została udowodniona, ale brudne układy i fałszywe przypadki towarzyszyły temu konkretnemu kursowi od zawsze. Zdrowa rywalizacja?

7 grudnia, 1999, czterech zawodników Sevilli zostało aresztowanych o wczesnej porze w rozróbie w barze Nervión, nieopodal Sánchez Pizjuán. Cała paczka została ominięta w Niedzielnym, przegranym 4-2 meczu z Oviedo, co w konsekwencji stoczyło klub na dno ligowej tabeli. Mógł być to sezon relegacji z prawdziwie koszmarnego gatunku, został jednak umniejszony faktem że w spadku wziął udział również Betis. Tłumaczenia piłkarzy po zamieszaniu były bardzo interesujące. Twierdzili że byli wspólnie z swoimi żonami - jednak nie zostało wyjaśnione czy ich żony były tego świadome - a "kibice" przetrzymywali ich w środku baru. Piłkarze Sevilli, ignorujący obelgi przez kilka minut, rzekomo ruszyli na drugą stronę baru i zaczęli kłaść się przed swoimi interlokutorami, jeden z piłkarzy skończył z złamaną szczęką.

"To byli béticos," dodał jeden z zawodników, jakby ta informacja miała kogokolwiek zaskoczyć. Dziennik Marca opublikował wywiad, w którym béticos oddali własną wersję wydarzeń. "Siedzieliśmy sobie spokojnie popijając drinki a oni podeszli do nas i powiedzieli że nie możemy dłużej zostać w ich barze z koszulkami Betisu na sobie. Odpowiedzieliśmy że mogą zaczynać brać nogi za pas. Potem położyli się nam pod nogi."

Zdrowa rywalizacja? Przewracaj następną stronę.

 

 

***


Dodaj komentarz
Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze
Komentarze (1)
Wow. Tylko to nachdzi mi na język po przeczytaniu tego , szacun Palmer :)